Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
4048 postów 1888 komentarzy

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Po ludzku o „świńskim problemie”

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

CO PISZĄ INNI: Dr Dariusz Grabowski z Klubu Inteligencji Polskiej, b. europoseł, o problemiach hodowli trzody chlewnej na tle epizoocji ASF

 

O polskim rolnictwie, polityce państwa i Unii Europejskiej wobec polskiego rolnictwa, nie zachłystując się pochwałami i samozadowoleniem, nie ma odwagi pisać nikt. Ani naukowcy, ani tym bardziej politycy bądź działacze gospodarczy nie zaryzykują krytycznych sądów. O polskim rolnictwie mówi się tylko dobrze, bo przecież państwo i Unia Europejska dofinansowują ten sektor na niespotykaną kiedyś skalę. Jakikolwiek głos krytyczny to wystawienie się na ryzyko „podpadnięcia” potężnemu i licznemu w Polsce wiejskiemu elektoratowi. Wspierany on jest dzielnie przez zatrudnionych w otoczeniu rolnictwa, czyli w branżach sprzedających środki produkcji, skupujących, przechowujących i przetwarzających, a na końcu sprzedających produkty rolne.

Ten stan rzeczy powoduje, że coraz bardziej w ocenie stanu i sytuacji w polskim rolnictwie odrywamy się od rzeczywistości, coraz bardziej ci, którzy o rolnictwie mówią i piszą tę rzeczywistość zakłamują. Aż tu nagle ujawnia się problem, którego skala i możliwe konsekwencje ekonomiczne, polityczne, ekologiczne sprowadzają nas boleśnie na ziemię. Co mam na myśli? Epidemię afrykańskiego pomoru świń (ASF), która rozprzestrzeniła się na wschodnich terenach Polski, a jest wysoce prawdopodobne, że wkrótce przekroczy linię Wisły i obejmie cały kraj.

Pojedyncze ogniska choroby przywleczonej podobno do nas zza wschodniej granicy przez zarażone dziki zaobserwowano kilka lat temu. Reakcja odpowiedzialnych za rolnictwo władz i nadzoru sanitarnego była „dyskretna” – zgodnie z regułą, że o problemach najlepiej nie mówić głośno i nie działać radykalnie. Doszło do rozprzestrzenienia się epidemii i w chwili obecnej mamy ujawnionych kilkadziesiąt jej ognisk.

Według zajmujących się problemem naukowców i działaczy gospodarczych za rozszerzanie się epidemii w pięciu do dziesięciu procentach odpowiadają dziki, których populacja w Polsce osiągnęła niespotykane rozmiary, szacowane na około 400 tysięcy sztuk. Tymczasem norma liczby dzików w stosunku do powierzchni lasów nie powinna przekraczać 40 tysięcy sztuk. Dzików przybywa, bo zwiększa się obszar uprawy kukurydzy – przysmaku tych zwierząt, a jednocześnie przestały być one atrakcją dla myśliwych. Dziś Pawlak z filmu „Nie ma mocnych” nie musiałby tracić czasu na przemalowywanie świni na dzika, by partyjny aparatczyk miał na co zapolować – dzików ci u nas dostatek.

Odpowiedzialność w ponad dziewięćdziesięciu procentach za rozszerzanie się epidemii ponoszą ludzie. Na wsiach rolnicy ciągle jeszcze nie przestrzegają  surowych zasad sanitarnych. Co gorsza, często to rolnicy skarżą się na służby weterynaryjne, że to one roznoszą chorobę. W domyśle sugerowane jest, że obowiązuje zasada: jest choroba, jest klient, jest kasa. Osiągnęliśmy stan, w którym zagrożona jest znaczna część producentów trzody, a przecież są oni bardzo silnie powiązani ekonomicznie z bankami kredytującymi produkcję, przetwórniami mięsa, handlowcami.

Przykładem niech będzie młody rolnik z powiatu monieckiego, który zaciągnął kredyt na budowę tuczarni trzody, uruchomił tucz na dużą skalę, a teraz na skutek zarazy musi zutylizować idące w ponad tysiąc sztuk stado. Co więcej, przez kilka lat nie może podejmować tej działalności, gdyż jego gospodarstwo jest zainfekowane. Rodzi się pytanie, jak ma spłacać kredyty? Z czego utrzymać rodzinę i siebie?

Sprawa wydawała się błaha do czasu, gdy mówiono o kilku ogniskach epidemii. Wtedy ją zlekceważono w myśl zasady „moja chata z kraja”. Dziś, gdy epidemia rozprzestrzeniła się szeroko, jej opanowanie wymaga działań radykalnych i wielokierunkowych zgodnie z przykładem, które dała kilkadziesiąt lat temu Hiszpania. Co tam zrobiono? Zlikwidowano całkowicie tucz trzody w cyklu otwartym, a nawet zamkniętym przeprowadzając jednocześnie bardzo starannie wszystkie zabiegi sanitarne i dezynfekujące. Co więcej, idąc za przykładem hiszpańskim powinniśmy radykalnie ograniczyć uprawę kukurydzy zastępując ją innymi roślinami, by zlikwidować „stołówkę pod chmurką” dla dzików. Po trzecie – należy ograniczyć populację dzików umożliwiając ich odstrzał nawet na terenach Natury 2000 i w parkach narodowych – choć jest to półśrodek trudny do zaakceptowania dla ekologów (o tym że dziki idą po władzę mogłem się przekonać obserwując odyńca spacerującego po ulicy Wiejskiej w Warszawie w pobliżu Sejmu, w senną niedzielę kilka tygodni temu).

Co najważniejsze, to należy pomóc w stworzeniu zawodowej alternatywy  dla kilkudziesięciu, a może więcej tysięcy rolników i współpracujących z nimi pracowników i przedsiębiorców, którzy powinni przekwalifikować się i podjąć inną działalność. W przeciwnym razie oni wszyscy skazani są na wegetację bądź bankructwo. I tak oto mały świński problemik stał się dużym problemem i to dotyczącym różnych środowisk gospodarczych. To nie są żarty. To jest często być albo nie być dla tych, którzy z ziemi się wywodzą, byt swój z ziemią związali i nie chcą, a bywa że nie potrafią z niej odejść.

Po powyższym opisie widać, że problem ASF w Polsce przerasta możliwości przeciwdziałania, a co dopiero likwidacji, jakimi dysponuje ministerstwo rolnictwa. Konieczna jest współpraca między resortami rolnictwa, spraw wewnętrznych, środowiska i finansów, a także samorządami i kto wie, kim jeszcze. By problem realnie rozwiązać potrzebny jest program wsparty poważnymi kwotami pieniędzy wygospodarowanymi przez ministra finansów i Unię Europejską. Wątpić jednak należy, by ta druga instytucja do interwencji i pomocy się kwapiła. Dlaczego? Nie jest dla nikogo tajemnicą, że wyparcie polskiej wieprzowiny z rynku UE to marzenie producentów z Hiszpanii, Danii, Niemiec. Tu litości nie ma – jest szansa wyeliminować polskiego konkurenta z rynku, to się to robi, tym bardziej, że ostatnimi laty polscy rolnicy rozpychają się nieco ze swym eksportem na rynek unijny i na Wschód.

Jakie mogą być koszty programu? Nawet szacunkowo i skromnie licząc potrzebnych będzie kilka a prawdopodobnie kilkanaście miliardów złotych w okresie trzech-pięciu lat, by zlikwidować epidemię i stworzyć alternatywne źródła dochodów dla rolników dziś prowadzących tucz trzody. Tak czy inaczej, należy liczyć się ze spadkiem produkcji wieprzowiny w Polsce, a w konsekwencji wzrostem cen mięsa wieprzowego i jego przetworów, co z pewnością jest złą wiadomością dla konsumentów.

A co w tej sprawie zamierza zrobić ekipa dobrej zmiany? Nie chcąc narazić się rolnikom, bo przecież za rok to oni będą rozstrzygali w wyborach na kogo zagłosują w samorządach, a za dwa lata w wyborach do parlamentu, minister rolnictwa próbuje rozładować napięcie obiecując odszkodowania i proponując rozwiązania prosto z głowy urzędników - tyleż spóźnione, co i nieskuteczne.

Przykładem niech będzie projekt budowy za ponad sto milionów złotych płotu na granicy Polski z Białorusią i Ukrainą. Liczyłby on ponad 700 kilometrów. Co o tym pomyśle sądzić? Wątpić należy w jego skuteczność i zgodę ekologów na jego budowę  chociażby przez Puszczę Białowieską. Jeśli już, to dziś płot taki przydałby się bardziej na linii Wisły, ale nawet on nie uchroni przed przenoszeniem epidemii przez ptaki żerujące na padłych dzikach.

Przykład drugi to pomysł włączenia wojska i obrony terytorialnej do odstrzału dzików. Ktoś, kto o tym mówi dowodzi, że nie ma zupełnie pojęcia o tym, czym jest broń myśliwska, a czym broń używana przez wojsko.

Nierozwiązany pozostaje problem utylizacji padłych świń. Dziś są one transportowane na znaczną odległość, co jest bardzo kosztowne. A przecież ich mięso mogłoby być przerobione na karmę dla psów i kotów.

Sumując, polscy fachowcy od rolnictwa powinni zdać sobie sprawę, a najlepiej zrozumieć i zapamiętać, że większość problemów, które dotyczą rolnictwa może zostać rozwiązana tylko przy skoordynowanym użyciu narzędzi, metod, sposobów dostarczonych rolnictwu z zewnątrz, z otoczenia gospodarki włącznie ze środkami finansowymi. Po drugie, by możliwe rozwiązanie zostało sprawnie wprowadzone w życie potrzebna jest aktywna, zbiorowa, zgodna współpraca, współdziałanie rolników – co dziś na polskiej wsi jest często bardzo trudne bądź niewykonalne. W myśl przysłowia "chłop... (przepraszam – rolnik) na zagrodzie równy wojewodzie”.

Tak czy inaczej, w przededniu Ogólnopolskiego Święta Wieprzowiny przypadającego na dzień 5 sierpnia każdy kto lubi zakąsić „świńskim ciałem” niech trzyma kciuki, by epidemia ASF została w Polsce zlikwidowana.

 

 

Świnie bardzo udomowione

 

Świnie nie bardzo dzikie

 

Dzicza stołówka pod chmurką

 

Użytkownicy dróg publicznych

 

ASF - półśrodki

 

ASF - efekty

 

 

KOMENTARZE

  • Ino tak dalej...
    Za lat kilka, będziemy żarli tylko mięso wyprodukowane w sposób przemysłowy w tuczarniach na kilkadziesiąt tysięcy sztuk całkowicie odizolowanych od naturalnych warunków. Takie samo będzie mięso drobiu bo przecież zagraża ptasia grypa. Jajek wolnego chowu od szczęśliwych kurek wzbogacanych słoneczkiem też już nie będzie w ogóle. Za to w razie jakiegokolwiek kataklizmu, czy to naturalnego czy wywołanego przez człowieka władza będzie miała całkowitą kontrolę nad żywnością i wodą albowiem zmilitaryzować kilkaset kombinatów hodowlanych i sieci wodociągowych nie będzie problemem. Odwrotnie niż w przypadku rozproszonej hodowli. Mając żarcie w garści ma się kontrolę nad ludźmi - proste i skuteczne. Oczywiście zakazane będzie posiadanie własnej studni, własnej kurki i własnej marchewki, bo będzie to zagrożeniem dla ludzkiej populacji, a tak naprawdę to umniejszy nieco przypływ kasy do ponadnarodowych koncernów i uniezależni ludzi od władzy . Z tego też powodu nie mamy dostępu do wolnej energii z której 100 lat temu już Tesla korzystał.
    Następnym krokiem jest całkowite wyludnienie obszarów wiejskich, skupienie ludzi w miastach molochach, kontrola ich przepływu między miastami, pryskanie i karmienie ich przeróżnym świństwem dzięki czemu pożyją dopóki będą użyteczni- potem rak , zawał lub udar i problem rozwiązany. Dla tych z niezdartym zdrowiem, odpornych na te eksperymenty i trucizny już szykowany jest zastrzyk eutanazyjny. Że też Pan w świecie tak oblatany tego nie widzi?..... Dziwię się.
    PS.
    Mam kilka lat kury podwórkowe i przeżyły wszystkie epidemie ptasiej grypy cały czas kąpiąc się w piasku i słońcu..... Nigdy ich nie zamykałem. Dymają nas na każdym kroku - szanowny Panie!!! A celem jest władza absolutna nad ludźmi...
  • A nie można przymknąć oko na rozprawę z dzikami przez rolników.
    Ja bym proponował, by samych rolników zachęcić do zajęcia się problemem dzików. Były dziki, a teraz są z nich kiełbasy. No i na granicy postawić płoty anty-dzikowe.
  • Afrykański pomór świń: sabotaż polskiej gospodarki zaplanowany przez Niemcy
    Panie Boguslawie zakladam ze wkleil pan artykóol tego,, doktorka ,, by sprowokowac jakas dyskusje w temacie bardzo istotnym jakim jest suwerennosc zywieniowa narodu,bo nie wierze ze wierzy pan w wypociny tego wyksztalciucha . To zdumiewajace ze ze wiekszosc ludzi przyjmuje bezrefleksyjnie jakies bajki jezeli sa podane w ,,naukowej,,oprawie. Mozna by postawic pytanie tym agenta jak to mozliwe ze dziki sa zarazone choroba a jest ich 10xwiecej . jest chroba ale im jakos slurzy. ludzia wirus nie szkodzi, swinie nie choruja , ale pomimo to sa utylizowane wiec o co tu chodzi ,moze do kwesti decydowania w tych sprawach przypadkowo trafily osoby o ograniczonej zdolnosci rozpoznania rzeczywisosci jesli tak jest to juz po nas......

    ............................................................................................................
    jarek kefir blog Co jest gorsze: wirus czy urzędnik?

    Cytuję: „O tym, że polskie państwo istnieje formalnie, poinformował społeczeństwo nie byle kto, tylko Minister Spraw Wewnętrznych, czyli najbardziej kompetentna osoba, mająca dostęp do wszelkich jawnych i tajnych dyrektyw. Tak więc polemizowanie z tym faktem jest bezsensowne. Można natomiast wskazać liczne przykłady potwierdzające to twierdzenie.

    Jednym z nich jest skok na kasę w wykonaniu Ministerstwa Rolnictwa „ręcami” Głównego Lekarza Weterynarii. Jako pretekstu użyto oczywiście choroby wirusowej, zwanej Afrykańskim Pomorem świń, zupełnie nie wiadomo dlaczego, nazywanego z angielska ASF. Podobno Ministerstwo jest jeszcze polskie, a od 1995 roku obowiązuje Ustawa o Języku Polskim. Nieprzestrzeganie tej ustawy przez najwyższe czynniki polityczne już samo w sobie jest dowodem potwierdzającym słowa Ministra Spraw Wewnętrznych. Przecież zupełnie nieprawdopodobnym byłoby twierdzenie, że w Ministerstwie Rolnictwa pracują akurat ludzie mający trudności ze zrozumieniem słowa pisanego, co wykazał odpowiedni Instytut, podając, że tylko 1 promil badanych rozumie słowo pisane. No, jest oczywiście jeszcze druga możliwość, że w ministerstwie tym pracują cudzoziemcy.

    Ale od początku.

    Jak już pisałem przed laty, Główny Inspektor Sanitarny, na podstawie rzekomego znalezienia dwóch padłych łabędzi na wyspie koło Torunia, rozpoznał i ogłosił w Polsce Epidemię ptasiej grypy. Zupełnie nie miało dla niego znaczenia to, że:

    Ani jedna kura w Polsce nie chorowała.

    Nie znaleziono chorego ani jednego ptaka innego gatunku.

    Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można stwierdzić, że przy setkach tysięcy martwych w zimie ptaków, znalezienie akurat tych dwóch chorych i wykonanie „odpowiednich” testów, tych właściwych [?], jest mniej prawdopodobne, aniżeli wystrzelenie przez Polskę rakiety międzyplanetarnej. Nie wspominając o kosztach takich badań. Przypomnę, że po roku 2007 już żadnych badań nie wykonywano, a ptaki nadal padały i padają.

    Nie przebadano innych padłych ptaków. Wiem to z autopsji, ponieważ nad morzem co roku w ziemie pada masa ptaków. A w szczególnie w dużych ilościach padają ptaki wokoło Gdańskich Zakładów Nawozów Fosforowych, emitujących fluor, w ilości przekraczającej kilkadziesiąt razy dopuszczalne normy, oraz pierwiastki radioaktywne. Przypomnę, że nawozy fosforowe są głównym źródłem skażenia środowiska pierwiastkami promieniotwórczymi w czasie pokoju. Wszelkie próby zawiadomienia san-epidów o padłych ptakach kończyły się odkładaniem słuchawki. Przez cały okres kampanii medialnej o ptasiej grypie nigdy nie zaobserwowaliśmy akcji san-epidu zbierania padłych ptaków. No, chyba że w asyście telewizji.

    Przypomina mi to filmowanie świńskiej grypy w Mexico City przed katedrą. Także stał na placu tylko jeden stary baner i namiot, które filmowali operatorzy rozmaitych stacji telewizyjnych, a „polska prasa” opowiadała bajki o epidemii świńskiej grypy w Meksyku. Śledziłem to codziennie poprzez internet i udokumentowałem artykułem internetowym.

    Nie wyjaśniono do dnia dzisiejszego, dlaczego, jeżeli padły łabędzie, to wybijano kurczaki? Gęsi i indyków nie ruszano. Największym zaopatrzeniowcem w mięso drobiowe Europy jest Izrael, który nie musi przestrzegać unijnych norm hodowli drobiu. Jest to szczególnie istotne przed Świętami Bożego Narodzenia. Izrael gęsi nie hoduje.

    Nie wyjaśniono do dnia dzisiejszego, dlaczego, jeżeli padły łabędzie w województwie kujawsko – pomorskim, to wybijano kurczaki w województwie mazowieckim, będącym rynkiem zaopatrzeniowym dla Miasta Stołecznego Warszawy, tudzież w okolicach Wrocławia i Szczecina. Czyli aglomeracji, w których istnieją duże cudzoziemskie hipermarkety.

    Policzmy: dwa zabite, nie wiadomo przez kogo, łabędzie, według cennika sądowego to strata dla budżetu państwa około 2.000 złotych. Na tyle, swego czasu, skazał Wysoki Sąd chuligana, który zabił łabędzia [1000 zł x 2].

    Akcja wybijania kur, a jak podała prasa, szczególnie GW, to wybito ich 5 milionów [5.000.000], po około 15 złotych za sztukę, spowodowała straty rzędu 75 milionów złotych. Straty budżetu państwa z powodu „nadgorliwości urzędników” wyniosły około 75.000.000 złotych, a do kwoty tej należy dodać 50.000.000 złotych, które Rząd przeznaczył na walkę z ptasia grypą, na przykład na szmaty z lizolem, rozkładane na drogach. Miało to olbrzymie znaczenie, bowiem jak wszyscy wiedzą, ptaki, szczególnie w zimie, chodzą po asfaltowych drogach i szosach. Ale czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Sposób na szmaty był wpajany przed laty w sowieckiej epidemiologii. Sam to widziałem jeszcze w 1978 roku. Za 5 rubli do ręki można było chodzić obok szmat. Buty bowiem po lizolu strasznie śmierdziały, a jak się było w sandałach, to i skarpetki były mokre.

    Czyli ten okrutny wirus, to straty 2.000 złotych, a ci dobrzy urzędnicy i ich pseudodziałalność, to straty dla budżetu państwa ok. 120.000.000 złotych.

    Urzędnik : wirus = 1200.00.000 : 2.000

    To powiedz mi, proszę, Szanowny Czytelniku, kto tu był większym szkodnikiem, wirus, czy urzędnik? Oczywiście, urzędnik wyciągając te pieniądze, dobrze się zabezpieczył. Sam przecież te idiotyczne przepisy wymyślił.

    Wracając do afrykańskiego pomoru świń.

    Podkreślić i przypomnieć wypada, że jak to podało Ministerstwo, wirus ten absolutnie nie jest groźny dla ludzi.

    Wirusa, tj. chciałem napisać, dzika z wirusem, podrzucono przy granicy z Białorusią w połowie lutego. Co do tego, że podrzucono, nie ma żadnej wątpliwości, ponieważ byli świadkowie, którzy widzieli jak czarny, nieoznakowany helikopter zrzucił dwa zamarznięte na kość dziki. Od tygodnia w tamtym rejonie nawet w nocy nie było przymrozków.

    Minister Kalemba z wielką gorliwością udał się po instrukcje do Brukseli, przecież jesteśmy państwem tylko formalnie, i ogłosił epidemię. Teoretycznie nie mógł tego zrobić ponieważ:

    Po pierwsze: Skąd niby miał wiedzieć, że trzeba od razu robić testy na wirusa afrykańskiego pomoru świń. Przecież dzik mógł paść ze 100 różnych przyczyn.

    Po drugie: jak to możliwe, że dzik padł akurat na drodze i to pod kołami prawie przejeżdżającego pracownika san-epidu. Przecież szczególnie w zimie, pracownicy inspekcji sanitarnej nie spacerują po lesie. Dodatkowo, każde zwierzę, jak pada, to chowa się w jakiejś kryjówce, a nie leży na drodze, jeszcze z napisem AFS. Można oczywiście powiedzieć, że zostało „one” potrącone przez samochód. Ale z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można stwierdzić, że taki dzik nigdy by nie trafił do sanepidu, ale wylądował na stole myśliwego.

    Skąd Instytut w Puławach wiedział, że ma robić testy akurat na afrykański pomór świń? Przede wszystkim, wszelkie testy, jak to podano na zjeździe Medycyny Pracy w 1995 roku, są w około 75% fałszywie dodatnie. Na przykład testy prowadzone przez USA w Sierra Leonne, dotyczące wirusa Ebola, były w tak wysokim odsetku fałszywe, że prezydent tego kraju zakazał dalszych badań.

    Nie ma żadnych publikacji, że Instytut w Puławach wyhodował wirusa, zaszczepił jakiejś świni i wystąpiły objawy afrykańskiego pomoru świń. Do tego trzeba byłoby miesiąca co najmniej, a nie dwóch dni.

    Najciekawsze jest to, że o rzekomym znalezieniu w Polsce AFS wiedzieli Duńczycy na targach w Moskwie już dwa tygodnie wcześniej.

    Reasumując, 13 lutego pobrano próbki od podrzuconych dzików, a już 18 minister Kalemba ogłasza w Brukseli epidemię Afrykańskiego Pomoru Świń. Trzeba przyznać, że to wielki człowiek, z jeszcze większą wyobraźnią. Niestety, nie został właściwie doceniony, ponieważ musiał opuścić stanowisko. Ale że coś było na rzeczy, świadczy fakt złożenia doniesienia na początku kwietnia do ABW i prokuratury, o możliwości podrzucenia dzika. Niestety, chociaż minęło pół roku, nie znamy rezultatów pracy tej jednostki. Trudno się dziwić, że obie Instytucje nie uznały tej sprawy jako priorytetu. Dwa padłe dziki, to nie wojna.

    Mieliśmy spokój aż do lipca, kiedy to nam się epidemia rozszerzyła o kilka kolejnych dzików. W sumie przez 8 miesięcy zanotowano aż 10 padłych dzików. Oczywiście, mądre świnie wiedziały gdzie padać. Nie tam gdzieś w leśnych ostępach, ale na drogach, aby panie z san-epidów mogły je od razu lokalizować. Mają przecież tyle innej, równie ciekawej pracy, a nie tam włóczyć się po ostępach leśnej głuszy, w poszukiwaniu padłego dzika. Żeby chociaż miały te zwierzaki GPS… Innymi słowy, ta straszna zraza w populacji 2000 – 3000 dzików w powiecie, wykosiła 8 sztuk. Dla Głównego Lekarza Weterynarii to prawdziwa tragedia.

    Do tej pory nigdzie nie znaleziono martwych warchlaków, tylko dorosłe sztuki. Przecież to jest sprzeczne z całą wiedzą na temat zakażeń. Powinny najpierw padać warchlaki, potem stare sztuki, a nie w pełni dojrzale. Powtarzam, ta straszna choroba nie zabija małych?!?

    Jak to się dzieje, że chociaż dziki chodzą w watahach, urzędnicy znajdują zawsze pojedyncze sztuki? Jaka to epidemia, kiedy na 3000 dzików w województwie pada kilka. Może padły ze śmiechu?

    Nie, nie, co to, to nie, pan Stanisław Kalemba żadnej partyzantki nie robił. Oficjalnie poprosił w Brukseli Komisarza Dacjana Ciolosa. Tak, tak, nie mylić komisarza z NKWD. Stanisław Kalemba oparł się także na dyrektywie Unii Europejskiej art. 15 dyrektywy 2002/60/WE.

    Działania Ministerstwa uspokoiły trochę środowisko, ale dały pretekst sąsiadom do ustanowienia embarga na polskie mięso. To nic, że Duńczycy, czy Austriacy, mogli kupować polskie świnie i przewozić je do Rosji z papierkiem Brukseli. Musisz pamiętać chłopku: „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”. Nie po to wymyśliliśmy pomór, byś ty się bogacił.

    Dzięki odpowiednim ekspertom sprawa ruszyła dalej. Taki prof. Zygmunt Pejsak z Puław namawia do wprowadzenia stanu wyjątkowego w Polsce. Coś się przypomina jednak starszym panom. Dwa padłe dziki i nie tylko epidemia, ale i stan wojenny.

    Podkreślam, że w żadnej hodowli normalna świnia jeszcze nie zachorowała. Chociaż nie wykluczam takiej możliwości, ponieważ przy obecnych sposobach podrzucenia czegoś, to nie problem. Wyraźnie o tym pisała prasa białoruska, jak to podrzucono do hutoru za wsią padłą świnię, a potem chciano wybijać stada.

    Dlaczego wybija się świnie u indywidualnych rolników, kiedy to rzekomo chorują dziki. Przecież sprawa indywidualnego rolnika, to jego prywatna rzecz. Jak to mówili podczas powodzi? „Mógł się ubezpieczyć„. Proszę zauważyć, kiedy naprawdę potrzebna była interwencja Rządu w czasie powodzi, to Rząd ustami swoich przedstawicieli zachęcał do ubezpieczeń, nie pomagając materialnie poszkodowanym. Obecnie, kiedy indywidualni rolnicy nie mają problemu z rzekomym wirusem, Rząd wybija im świnie, podobnie jak poprzednio kury. Czyli ewidentnie chodzi o oczyszczenie rynku i udostępnienie go innym producentom. Przecież odbudowa stad to kilka lat co najmniej.

    Przypominam wirus nie jest groźny dla ludzi.Więc ingerencja Rządu jest..

    Kto korzysta? Stara zasada rzymska „cui prodest” mówi: patrz, kto korzysta z danego procederu. Wyraźnie widać, że na wybiciu świń w Polsce skorzystają Niemcy, którzy masowo budują świniarnie po drugiej stronie Odry, zatrudniając polskich parobków. Dlatego Ministerstwo Oświaty obniża systematycznie poziom edukacji. Parobkowi wiedza niepotrzebna. Już korzystają na „naszej” epidemii Duńczycy, Holendrzy, czy Austriacy, omijając tzw. embargo nałożone na Polskę. Robią to oczywiście za zgodą Brukseli. Przecież jesteśmy w Unii.

    Żałośnie brzmią słowa prof. Zygmunta Pejsaka z Puław o rzekomych kosztach, jakie poniosła Hiszpania w czasie „epidemii” wirusa. A kto te koszta generuje? Puławy [czyli p. prof. Z.Pejsak ?] z kilkuset badań rocznie zaplanowały !! wykonanie ich ponad 80.000. Proszę to przemnożyć przez koszt jednego badania [vide nizej]. P.prof. mgr Lidia Brydak z PZH wyceniała jedno badanie na wirusa grypy na około 300 złotych.

    Dodatkowo w samym województwie podlaskim sugeruje się konieczność wybicia 120.000 świń za 600 złotych / sztuka.

    Czyli wirus ? spowodował straty w gospodarce krajowej oceniane na 4.000 – 6.000 złotych, a urzędnicy pod pretekstem epidemii wyłudzili z budżetu ponad 100.000.000 złotych. Czyli mamy wynik

    urzędnik : wirus = 100.000.000 : 6.000

    testy 80.000 x 200 zl = 16.000.000

    Wprowadzone embargo na polskie produkty podwyższyło straty o kolejny miliard złotych nieuzyskanego dochodu, czyli zmniejszenia podatków do budżetu.

    Zupełnie niezrozumiałe jest dlaczego, skoro wirus nie powoduje zachorowań u ludzi, leśnicy wybijający dziki muszą mięso utylizować. Powiększa to straty o kolejne miliony złotych. Prognozują bowiem odpowiedni urzędnicy [nie wiem, czy w Polsce czy w Brukseli] konieczność wybicia w jednym tylko województwie ponad 2000 dzików.

    Wynika więc jednoznacznie, że lekarstwo jest gorsze od choroby.

    http://www.pzh.gov.pl/page/fileadmin/user_upload/cenniki/cennik_2014.pdf

    http://www.piwet.pulawy.pl/

    J. Jaśkowski
  • Gdyby polska byla suwerennym krajem
    To tacy ,,eksperci,,od grypy i afrykanskiego pomoru swin,
    postawieni zostali by przed sadem wojskowym za zdrade narodu i panstwa. Tymczasem spoleczenstwo funduje im pensje czyniac z nich oligarchow i panow swojego zycia na wlasna zgube. i nawet ie spotyka ich ostracyzm ze strony zmanipulowanego tlumu......
  • @jan 22:14:02
    Bardzo cenny komentarz, wiele trafnych spostrzeżeń. O taką dyskusję mi chodziło. Dziękuje i pozdrawiam BJ
  • @zadziwiony 18:31:39
    Dokładnie tak.
    Na zdrowy rozum.
    Jeśli mamy 400 tys. dzików i choroba jest tak zaraźliwa, to w ciągu krótkiego czasu mielibyśmy zarazę nie tylko w Polsce, ale w całej Europie.

    Co to mają być za środki zaradcze polegające na izolowaniu świń w chowie zamkniętym, odizolowanym od środowiska, drastycznych ograniczeniach, w sytuacji gdy dziki latają luzem.

    Ten pomór świń jest niebezpieczny ale tylko dla wielkich tuczarni, bo gdy tam zachoruje kilka, to pójdzie całość i nic z tym się nie zrobi.

    To właśnie warunki chowu zamkniętego są powodem rozprzestrzeniania się choroby, świnie odizolowane, napychane zastrzykami i inną chemią.

    Nie wiem jak jest z tym pomorem świń, ale ptasia grypa to jedna wielka ściema.
    Zawsze była w Europie i nigdy nie stanowiła większego problemu.
    Dopóki nie pojawiły się fermy molochy, gdzie choroba rozprzestrzenia się błyskawicznie.

    Mając na uwadze bezsensowne kroki mające zwalczać ptasią grypę, gdzie ptaki latały wolno, a właściciel pięciu kur karany był mandatami za ich wypuszczenie, można przypuszczać, że tak samo jest ze świniami.

    No i skąd ta choroba w ogóle jest??
    Afrykańska ze Wschodu???
    Bajki.

    Kiedyś kolega zwrócił mi uwagę na to, że zapuszczone i nie chronione sady rosną i owocują wspaniale bez opieki praktycznie o ile nie przylegają do ważniejszych dróg.

    Natomiast w sadach położonych wzdłuż dróg transgranicznych pojawiają się wszelkie możliwe poważne choroby tak, że czasem trzeba je wyciąć.
    Bo cóż prostszego, jak jadąc samochodem wywalić w okolicy sadu zakażoną gałąź lub owoc.

    I zapewne tak samo jest z tymi świniami.
  • @AlexSailor 01:50:50
    Jak zwykle - treściwie i niegłupio. Dzięki, Alex, i pomyślnych wiatrów. BJ

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031