Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
3908 postów 1832 komentarze

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Francja z lewicą w tle

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

CO PISZĄ INNI: Agnieszka Wołk-Łaniewska komentuje sytuację wyborczą we Francji z uwzględnieniem obu odcieni lewicy.

 

7 maja dowiemy się, kto zostanie prezydentem Francji - co, komentatorzy są zgodni, będzie miało konsekwencje daleko wykraczające poza francuskie granice.

Wiele wskazuje na to, że ewentualne zwycięstwo Marine Le Pen może oznaczać koniec Unii Europejskiej — jeśli Francja pójdzie w ślady Wielkiej Brytanii, wywoła to reakcję domina, która spowoduje, że z wielkiego projektu zjednoczonej Europy zostaną Niemcy i ich strefa wpływów. Wszyscy euroentuzjaści załamują ręce nad straszliwą groźbą, jaką niesie w sobie populistyczna prawica. Tymczasem prawdziwym winowajcą jest tu neoliberalna lewica. To „socjalzdrajcy" wpychają Europę w ramiona nowych narodowych socjalistów. Jeśli ktoś powinien być zakuty w dyby i wystawiony na publiczne upokorzenie w związku z triumfalnym marszem Frontu Narodowego we Francji — to jest to prezydent François Hollande.

Hollande należy, bezsprzecznie, do największych lewicowych rozczarowań stulecia.W 2012 roku wygrał dzięki antykapitalistycznemu radykalizmowi. W legendarnym i często mu wypominanym wystąpieniu na konwencji w Bourget mówił do 25 tysięcy zwolenników Parti Socialiste: „Mój prawdziwy przeciwnik nie ma nazwiska, nie ma twarzy, nie ma partii — a mimo to rządzi; to świat finansów". Świat finansów odwinął się bardzo szybko. Zapowiadana szumnie regulacja sektora bankowego, przewidująca oddzielenie działalności depozytowo-kredytowej od aktywności spekulacyjnej (zniesienie tego typu legislacji, nazywanej w USA ustawą Glassa-Steagalla, było główną przyczyną światowego kryzysu 2007) objęła 2 procent aktywów 2 francuskich banków. Także inne radykalnie lewicowe rozwiązania — jak słynne 75 procent podatku od dochodu powyżej miliona euro rocznie — po kolei lądowały w koszu. Zamiast tego, socjalistyczny rząd uelastyczniał prawo pracy, osłabiał związki zawodowe, wzmacniał pozycję pracodawców w sporach z pracownikami, deregulował transport publiczny — w sumie, z entuzjazmem uprawiał miłość francuską z biznesem, który w kampaniiwyborczej tak uroczyścieobiecywał wziąć za twarz.

Ograniczająca prawa pracownicze i rolę związków, ułatwiająca wyrzucanie ludzi z roboty, obniżająca płace za nadgodziny „reforma" prawa pracy — od nazwiska promującej ją minister pracy zwana „ustawa El Khomri" — została przepchnięta przez parlament metodą zbliżoną do prezydenckiego dekretu: w szczególnym trybie art. 49.3 konstytucji, zezwalającym na pominięcie głosowania w izbie niższej. Rząd podjął taką decyzję po tym, jak spora część jego własnego zaplecza z Partii Socjalistycznej zapowiedziała głosowanie przeciw ustawie napisanej pod dyktando wiodącej organizacji pracodawców MEDEF. Protesty przeciw prawu El Khomri wyprowadziły na ulicę miliony ludzi, w kolejnych kilkusettysięcznych demonstracjach. Studenci zorganizowali  nocną okupację Placu Republiki w Paryżu i internetową petycję, pod którą podpisywało się 70 tysięcy osób dziennie. Strajki sparaliżowały rafinerie, stacje benzynowe, sporą część transportu publicznego, porty i lotniska. Towarzysze sztuki drukarskiej zablokowali wyjście dzienników, które odmówiły publikacji oświadczenia sekretarza generalnego centrali związkowej SGT w sprawie „reformy". 

Nawet komitet praw ekonomicznych ONZ wyraził zaniepokojenie „pogorszeniem gwarancji dotyczących warunków pracy". Sondaże wykazały że 67% Francuzów jest przeciw ustawie El Khomri. Francois Hollande nie uląkł się gniewu ludu i przepchnął ustawę dekretem prezydenckim, z poparciem prawicy w senacie — co było jedną z głównych przyczyn, dla których zakończył swą kadencję z rekordowo dennym poparciem w wysokości 4 procent i, jako pierwszy prezydent w historii V Republiki, zrezygnował z ubiegania się o reelekcję.

Początkowo spodziewano się, że robotę tę dostanie drugi główny sprawca nieszczęścia, mianowany przez Hollande'a premier Manuel Valls - czołowy przedstawiciel partyjnej prawicy, wielki przyjaciel biznesu, znany z zamiłowania do obfitego używania art 49.3 konstytucji oraz odważnej polityki antyimigracyjnej. Po zamachach w Paryżu Valls wyróżnił się wątpliwością, czy islam — wyznawany przez co 20. obywatela Francji — da się pogodzić z ideałami Republiki. Był odpowiedzialny za wprowadzane dekretem „probiznesowe" reformy i zniesienie (wprowadzonego na chwilę na początku kadencji Hollande'a) 75-procentowego podatku dla najbogatszych, lubił być porównywany do Tony'ego Blaira. Kiedy postanowił ubiegać się o socjalistyczną nominację prezydencką, nagle odnalazł w sobie żarliwego socjalistę: odciął się od Hollande'a, któremu zawdzięczał karierę, zaczął bronić praw pracowniczych, w tym 35-godzinnego tygodnia pracy, który przedtem w ramach ustawy El Khomri rozmontowywał, mówił nawet o dochodzie gwarantowanym. Jego zaskakująca elastyczność nie przekonała wszakże członków i sympatyków PS. Nagle okazało się, że w grze liczy się były minister edukacji, wywalony z rządu Vallsa w ramach czyszczenia elementów lewackich, Benoît Hamon.

Koleje losu Hamona w socjalistycznych prawyborach podobne były do sytuacji Jeremy'ego Corbyna czy Berniego Sandersa: kompletnie nikt nie spodziewał się, że ma on jakiekolwiek szanse, uważano go za sposób na urozmaicenie puli kandydatów, dodanie lewicowej przyprawy do mainstreamowego  dyskursu. Pierwsze sondaże, z końca 2016 roku, dawały mu wśród potencjalnych uczestników lewicowych prawyborów kilkanaście procent poparcia — podczas gdy zdychający politycznie prezydent miał ok. 40 procent.

Nawiasem mówiąc, Hamon spotkał się z Sandersem chwilę po ogłoszeniu swojego startu w prawyborach. „Bernie Sanders zdołał umieścić kwestie socjalne w centrum kampanii wyborczej. Mówił o płacach, warunkach życia robotników i studentów. Podobnie jak Sanders uważam, że konieczna jest zmiana kursu w polityce społeczno-ekonomicznej Partii Demokratycznej w USA i partii socjaldemokratycznych w Europie"- mówił Hamon po wizycie w Stanach. Jego wyraziście lewicowy program, mający wiele wspólnego z programem Sandersa — minimalny dochód gwarantowany finansowany z podatku od robotyzacji, skrócenie tygodnia pracy, przywrócenie znaczenia związków — przekonał tych, których nie przekonała świeża lewicowość Vallsa. Hamon wygrał socjalistyczno-zielone prawybory w drugiej turze pokonując Vallsa stosunkiem 59 do 41 procent głosów.

Niestety, szkód poczynionych przez duet Hollande-Valls nie dało się już odrobić. Kandydat wielkiej niegdyś Parti Socialiste dostał zaledwie  6,36 proc. głosów, lądując na żałosnym 5 miejscu. Pokonał go kandydat alternatywnej lewicy, Jean-Luc Mélenchon, który zdobył 19,58proc.

Rzecz w tym, że Mélenchon — przedstawiany w polskich mediach jako lewacki oszołom — w sferze społeczno-gospodarczej nie różni się wiele od wyraziście lewicowego przekazu, który swoim wyborcom proponował Hamon. Jego główny postulat dotyczy konieczności odebrania władzy kapitałowi i przywrócenia roli decyzyjnej procesom politycznym, sprawowanym przez reprezentantów obywateli, wyłonionych w demokratycznych wyborach.

Istotne różnice między dwoma kandydatami francuskiej lewicy dotyczą polityki zagranicznej: Hamon jest bezkrytycznie proeuropejski i antyrosyjski, Mélenchon uważa, że pozostawanie w UE ma sens o tyle tylko, o ile instytucje Unii ulegną demokratyzacji i wyrwą się spod władzy neoliberalnych dogmatów, realizowanych wyłącznie w interesie korporacji i banków. Proponuje też trzeźwe spojrzenie na Moskwę, sprowadzające się do stwierdzenia, że wojna z Rosją jest niedobrym pomysłem, a "aneksja Krymu" — faktem nieodwracalnym. Obie te kwestie mogły i powinny być tematem dialogu pomiędzy dwoma kandydatami, chcącymi uratować francuską lewicę przed upadkiem, a Francję przez nacjonalistyczną prawicą. Tak się nie stało; przez co 26 procent głosów oddanych przez lewicowych wyborców 23 kwietnia wylądowało w koszu i dziś francuscy lewicowcy  muszą wybierać między — jak napisała jedna ze zwolenniczek Mélenchona — „nienawiścią do obcych i nienawiścią do biednych".

Ale i tak jest im czego zazdrościć. Przynajmniej mają jakąś lewicę, która ma poparcie co czwartego obywatela i będzie miała coś do powiedzenia w przewidzianych na czerwiec wyborach parlamentarnych. To dużo więcej, niż możemy powiedzieć o sobie w Polsce.

 

KOMENTARZE

  • Francją będzie rządziła kobieta.
    W każdym razie, po tych wyborach Francją będzie rządziła kobieta.
    Albo Le Pen albo Merkel
    Zdrowia

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031