Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
4573 posty 2072 komentarze

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Alfons Erdogan

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

CO PISZĄ INNI: W artykule pt. Europa daje dupy (sic!) Agnieszka Wołk-Łaniewska krytykuje Unię Europejską i jej flirt z Turcją w sprawie uchodźców.

Recep Tayyip Erdoğan jest nie tylko zdemoralizowanym dyktatorem, konsekwentnie likwidującym prawa człowieka i wszelkie przejawy demokracji w 75-milionowym islamskim kraju, należącym do NATO. Jest także politykiem, mającym wielki - być może decydujący - osobisty udział w trwaniu Państwa Islamskiego i humanitarnej tragedii, która z niego wynika.

„Ataki nie osłabiają naszego oddania sprawie wojny z terroryzmem — wręcz przeciwnie, zwiększają nasza determinację" — ogłosił turecki prezydent Recep Tayyip Erdogan po niedzielnym ataku terrorystycznym w Ankarze, dodając obietnicę „rzucenia terrorystów na kolana". „Determinacja" tureckiego prezydenta byłaby znacznie bardziej przekonująca, gdyby nie piętrząca się góra dowodów na jego współpracę z Państwem Islamskim.

Na początku marca europejska dyplomacja ogłosiła sukces: Europa da tureckiemu dyktatorowi 6 miliardów euro łapówki, zlikwiduje wizy dla Turków i przyspieszy negocjacje w sprawie przyjęcia Turcji do UE. Wszystko za to, iż Recep Tayyip Erdogan zamieni się z Unią na uchodźców: pozwoli odesłać sobie nowych, którzy przybywają i będą przybywać do Grecji w najbliższych miesiącach, a w zamian Unia zabierze mu tych, którzy obecnie gnieżdżą się w tureckich obozach — w stosunku 1:1. Na pierwszy rzut oka trudno zrozumieć, dlaczego Europa miałaby pójść na taki deal, który i tak zostawia ją z wizją przyjęcia 2,5 miliona Syryjczyków, przebywających dziś w Turcji.

Tak naprawdę, leży za tym cyniczna i bezwzględna kalkulacja: chodzi o to, żeby przekonać nowych uchodźców, że ich szanse dostania się do Europy są minimalne, bo choćby i przeżyli drogę tratwą przez Morze Egejskie, zaraz dostaną kopa z powrotem. I za ten efekt propagandowy europejscy przywódcy gotowi są sprzedać duszę facetowi, którego miejsce jest nie na brukselskich salonach, tylko przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze.

Oczywiście, że  brutalne przejęcie opozycyjnej gazety „Zaman" w kilka godzin po wyjeździe Erdogana z brukselskich negocjacji jest demonstracją — podobnie jak zmuszenie Unii do otwarcia pięciu rozdziałów w negocjacjach akcesyjnych z UE, do której Turcja wcale nie chce przystępować. Turecki dyktator pokazuje w ten sposób, gdzie ma naszą wspaniałą wspólnotę i jej wzniosłe zasady. Pozycja, w jakiej Erdogan postawił Europę, znakomicie spełnia warunki bardzo popularnego w polskiej debacie publicznej słowa „upokorzenie". To jednak nie jest najważniejsze — jeśli plama na tzw. honorze mogłaby zapobiec dalszym tragediom i uratować życie ofiar wojny w Syrii i Iraku — to chrzanić honor. Problem w tym, że jest dokładnie odwrotnie: Erdogan wspiera Państwo Islamskie (IS) i  brutalnie zwalcza jego przeciwników.

Jedyną siłą, która prowadzi rzeczywistą, lądową wojnę z Daisz — jak nazywane jest Państwo Islamskie po arabsku — są Kurdowie: Powszechne Jednostki Ochrony (YPG) w Syrii i Partia Pracujących Kurdystanu (PKK) w Iraku. Jednak lewicowy i świecki kurdyjski ruch autonomiczny jest głównym wrogiem publicznym Turcji i Ergodana osobiście. Przejściowe odprężenie w stosunkach między tureckim przywódcą i tureckimi Kurdami z początku rządów Erdogana definitywnie zakończyło się — wraz z całą jego proeuropejską, postępową polityką —  latem 2015, kiedy stworzona w znacznej mierze przez Kurdów lewicowa Ludowa Partia Demokratyczna (HDP) niespodziewanie przekroczyła próg wyborczy, odbierając Erdoganowi szansę na konstytucyjną większość i wprowadzenie systemu prezydenckiego. W odpowiedzi prezydent sparaliżował rozmowy koalicyjne i doprowadził do rozwiązania parlamentu — równocześnie rozpoczynając szeroko zakrojoną akcję terroru pod ironiczną nazwą „operacji antyterrorystycznej".

Turecka policja i wojsko splądrowały kilkaset  biur Ludowej Partii Demokratycznej w całym kraju, jej działacze trafiali do więzień, oskarżani o wspieranie terroryzmu. W Diyarbakirze, Suruku i Ankarze doszło do krwawych zamachów, przypisywanych oczywiście Państwu Islamskiemu — dość intrygująco jednak jedynymi ofiarami tych zamachów byli działacze i zwolennicy opozycji związanej z HDP. W zgodnych zeznaniach świadków turecka policja blokowała dojazd karetek do rannych, zaatakowała gazem ocalałych oraz ludzi spieszących im na pomoc po informacji o zamachach. Równocześnie — pod pretekstem działań przeciw Państwu Islamskiemu — armia turecka przystąpiła do konsekwentnego zwalczania jego jedynego realnego wroga. Po dokonaniu jednego, symbolicznego ataku na pozycje Daisz, lotnictwo Erdogana  przystąpiło do bombardowania sił kurdyjskich w Turcji i Syrii.

Jednostki YPG, początkowo występujące przeciwko Assadowi, a obecnie, przy jego cichej akceptacji, kontrolujące tereny syryjskiego Kurdystanu, są główną siłą lądową prowadzącą w Syrii walkę: zarówno z Daisz, jak i Frontem Al-Nusra (syryjską Al Kaidą). YPG udowodniły swoją militarną sprawność, skutecznie przeciwstawiając się inwazji Państwa Islamskiego i nawiązując strategiczne sojusze nie tylko z tzw. „umiarkowaną opozycją" — głównie Wolną Armią Syrii (FSA) — ale także z siłami amerykańskimi. Półroczna obrona miasta Kobane przed inwazją Państwa Islamskiego, prowadzona przez YPG i i FSA przy wsparciu lotnictwa amerykańskiego, zakończona klęską Daisz, jest jednym z symbolicznych momentów obecnego bliskowschodniego konfliktu: nikt należący do tzw. „świata zachodniego" nie kwestionował faktu, iż jest to starcie koalicji dobra ze złem. Nikt — z wyjątkiem Turcji, wspierającej po cichu siły dżihadystów. 

YPG, po zwycięstwie w Kobane i odbiciu z rąk Daisz leżącego na granicy Syrii i Turcji miasta Gire Spi, zapowiedziały atak na Dżarabulus — ostatni punkt graniczny kontrolowany przez Państwo Islamskie. Analitycy zgodnie twierdzili, że jego utrata oznacza dla islamistów rychłą klęskę — jest to bowiem ostatnia pozostała droga zaopatrzenia samozwańczej stolicy IS, miasta Ar-Rakka. I w tym momencie w obronie Państwa Islamskiego otwarcie wystąpił prezydent — przypomnijmy: należącej do NATO — Turcji, ogłaszając Dżarabulus „czerwoną linią", której przekroczenie przez siły kurdyjskie wywoła pełnometrażową operację armii tureckiej. W tej sytuacji YPG, niezdolne walczyć naraz z Daisz, Al Nusrą i natowską armią Turcji, zrezygnowały z ataku na  Dżarabulus, który do dziś pozostaje w rękach Państwa Islamskiego pod faktycznym protektoratem tureckim.

Równocześnie Turcja ustanowiła totalną blokadę na swojej mierzącej 750 kilometrów granicy z terytoriami kontrolowanymi przez Kurdów, zaopatrując ją w dwa rzędy drutu kolczastego, pole minowe i wieżyczki strażnicze, skąd tureccy snajperzy zabijają kurdyjskich i syryjskich cywilów. Blokada nie dopuszcza na tereny kurdyjskie ani leków, ani żywności, ani pomocy humanitarnej — dwa istniejące przejścia graniczne otwarte są (a w zasadzie bywają) tylko w jedną stronę: puszczają Kurdów z Turcji do Syrii, z przesłaniem: „Idźcie i nie wracajcie".

Zgoła inaczej sytuacja wygląda na granicy Turcji i terenów kontrolowanych przez Daisz. Właściwie nikt na świecie nie ma już wątpliwości co do owocnej i zakrojonej na szeroką skalę współpracy między reżimem Erdogana i Państwem Islamskim. O tym, iż Turcja kupuje od IS ropę, którą ta terrorystyczna organizacja rabuje ze złóż na okupowanych terenach, mówią już nie tylko rosyjscy, ale także amerykańscy politycy: w grudniu reprezentant departamentu skarbu USA, Adam Szubin, stwierdził publicznie, że Daisz zarabia pół miliarda dolarów rocznie na nielegalnej sprzedaży ropy. Zdaniem amerykańskiego urzędnika, głównym odbiorcą jest reżim Baszara Al-Assada (co jest kompletnie bezsensowne, wziąwszy pod uwagę krwawą wojnę między Syrią i Daisz, ale nabiera sensu w kontekście determinacji USA na rzecz obalenia Al-Assada) — ale Szubin przyznał też, iż „część ropy" trafia do Turcji. Rosja oskarża Turcję o to, że jest głównym klientem Daisz, dodając, że większość tego handlu idzie przez firmę energetyczną syna prezydenta, Bilala Erdogana. Z kolei opozycyjny turecki poseł, Eren Erdem, o udział w nielegalnym handlu z IS oskarżył zięcia prezydenta Erdogana, Berata Albayraka, który jest — trzeba trafu — także tureckim ministrem energii.

O ile dowody przedstawiane przez rosyjskie ministerstwo obrony — satelitarne zdjęcia kolumn cystern, tankowanych w kontrolowanej przez IS instalacji w Syrii i powracających do Turcji — mogą podlegać dyskusji, ze względu na fatalne ostatnio stosunki rosyjsko-tureckie, zaognione zestrzeleniem przez Turcję rosyjskiego myśliwca; o tyle nikt nie kwestionuje nader niedbałej kontroli granicy między Turcją i Daisz.

I to nie koniec. Międzynarodowy zespół, złożony z badaczy z USA, Europy i Turcji, pracujący pod auspicjami Uniwersytetu Columbia, przeprowadził kwerendę wśród doniesień na temat kolaboracji reżimu Recepa Tayyipa Erdoğana ze zwalczaną przez cały świat zachodni organizacją terrorystyczną, jaką jest Państwo Islamskie. Analiza — obejmująca informacje najbardziej prestiżowych mediów zachodnich, takich jak „New York Times", „Washington Post", „Guardian" czy BBC, ale również prasy tureckiej — przyniosła przykłady współpracy w nieomal każdej dziedzinie.

Z niezliczonych doniesień reporterów, rozmów z przedstawicielami Państwa Islamskiego, dowodów, publikowanych przez polityków tureckiej opozycji w (istniejącej jeszcze wtedy) opozycyjnej prasie wynika, że reżim Erdogana dostarcza dżihadystom broń, środki transportu, szkolenia, pomoc medyczną i żywność, a także informacje wywiadowcze. Większość spośród tych, którzy napłynęli w szeregi Państwa Islamskiego spoza Iraku i Syrii, przybyła tam przez Turcję, nie niepokojona przez nikogo — niektórzy nawet otrzymali stempel w paszporcie. Turcja zapewnia szkolenia dla terrorystów — niektóre odbywały się z centrum Stambułu i zostały uwiecznione w materiałach promocyjnych umieszczonych na tureckojęzycznych stronach IS. Tureckie siły porządkowe jakoś nie usiłowały im w żaden sposób przeciwdziałać. Agendy Daisz prowadzą w Turcji jawną rekrutację — jedną z takich placówek jest szkoła prowadzona przez założoną między innymi przez Erdogana i obecnego premiera Turcji, Ahmeta Davutoğlu, fundację Ilim Yayma Vakfi.

Znani z nazwiska terroryści — także najwyższego szczebla — byli leczeni w tureckich szpitalach na koszt państwa tureckiego. Burmistrz Kobane, Anwar Moslem, twierdzi, że ma świadków i nagrania video dowodzące, że oddziały IS otrzymały zaopatrzenie z Turcji na dwa dni przed rozpoczęciem oblężenia miasta. Istnieją nagrania, pokazujące tureckie konwoje militarne, wiozące czołgi i amunicje, swobodnie przekraczające granicę terenów kontrolowanych przez IS. Poseł tureckiej opozycji Demir Celik stwierdził nawet, że tureckie siły specjalne bezpośrednio wspomagają bojowników Daisz w walkach. 

Istnieje też sporo poszlak wskazujących, iż Turcja stoi za użyciem sarinu przeciwko cywilom w sierpniu 2013 — o którą to zbrodnię oskarżany jest rząd Assada. Legendarny amerykański dziennikarz śledczy Seymour M. Hersh, nagrodzony  Pulitzerem za ujawnienie maskary cywilów, popełnionej przez żołnierzy amerykańskich w My Lai w Wietnamie w 1968, pisze, iż amerykańska wspólnota wywiadowcza jest przekonana, iż atak z użyciem sarinu przeprowadzony w trakcie wizyty oenzetowskich inspektorów rozbrojeniowych, był prowokacją antyassadowskiej opozycji, dokonaną z pomocą Turcji. Wywiad amerykański ma poszlaki, wskazujące, że gaz został dostarczony z terytorium Turcji, a także przechwycone rozmowy między tureckimi służbami po ataku — pełne różnego rodzaju wyrazów radości i gratulacji. Zdaniem Hersha, amerykańskie służby wywiadowcze są przekonane, że atak był prowokacją, obliczoną na przepchnięcie Obamy przez „cienką  czerwoną linię" i zmuszenie do ataku na siły Assada.

Recep Tayyip Erdoğan jest nie tylko zdemoralizowanym dyktatorem, konsekwentnie likwidującym prawa człowieka i wszelkie przejawy demokracji  w 75-milionowym islamskim kraju, należącym do NATO. Jest także politykiem, mającym wielki — być może decydujący —  osobisty udział w trwaniu Państwa Islamskiego i humanitarnej tragedii, która z niego wynika.

Płacenie Erdoganowi za pomoc w rozwiązaniu kryzysu uchodźczego jest moralnym odpowiednikiem płacenia alfonsowi za wolność kobiet porwanych do pracy w burdelu. Żeby zacytować byłego prezydenta: nie o take Europe…

 

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31